Siedzimy na
mokrej ziemi. O nasze kolana obijają się nóżki małych stworzeń, widzące w nas
przeszkodę. Toczy się niesamowicie piękna gra w anielskie karty. Bóg zajęty
jest negocjacjami z Luckiem, a większość aniołów uznaje nas za żałosne podróbki
i nie daje nam szans na bliższe poznanie, odseparowując się i udając się na
przeciwległy kontynent tej małej planety, jaką jest Ziemia.
- Tysiąckroć wiedźmin! – Zawołała tytuł
gry - co oznaczało wygraną – istota, która zawsze oszukiwała. Ezehiela miała
duszę okropnie czarną i rozzłoszczony wyraz twarzy. Zaś w jej oczach płonął
żywy ogień, z racji tego, że wyemigrowała ona jako pierwsza w Płomień. Do
ciemnych poselstw. Przy stworzeniu nas nikt nie myślał, by krzywdzić innych, prócz
niej. W końcu do jej zgrai dołączyły nowe to duszyczki, powstałe przez Boga. W
kuluarach mówiło się, że to Lucyfer, mimo zobowiązań postanowił zabawić się
stworzeniami Boga. Widocznie wszystko ma swoje antonimy. Podróżując przy
bajkowych jeziorach, zawieszonych swobodnie w powietrzu można zauważyć jak
wiele istot tamtędy przepływa. Na inne plany astralne. Na każdym znajdowały się
podobne sobie istoty. Wiedźmy, sterujące żaglami istnienia wszelkich form życia
na tych szerokich i długich wyspach. Noemi wykrzywiła swoją twarz dziwacznie,
słysząc ten okrzyk. Spuściła spojrzenie na swoje cudowne karty, których nie
wykorzystała i westchnęła, nieopacznie rozwiewając stojącą przed nią kolejną
talię. W jej tęczówkach zataczała kręgi krystalicznie czysta woda.
- Żartujesz sobie chyba… - Prychnęła,
odrzucając karty przed siebie, a te zniknęły, zamieniając się w grudkę ziemi.
Istota już miała zacząć odchodzić, gdy do jej uszu dobiegł szmer o przegranej
Sebastiena. Stworzenie to tak pragnęło wygrać we wszystkim co czyniło, że jego
przegrane stanowiły punkt w historii Ziemi nie do odwrócenia. Gra w karty to
magiczny pakt, którego się nie da odwołać. Noemi posłyszała ciche „Obstawił
życie Dinosauriów” przeplatające się pomiędzy tysiącami członków obojga
poselstw. Biali zerwali się ze stanowisk i podnieśli wzrok, rozumiejąc co się
dzieje. Szukali na niebie szybko poruszającego się punktu, ze śnieżnobiałym
warkoczem, powstającym za nim. Biegł, widzieli. Z uśmiechem na twarzy ku
zagładzie Dinasaurii tego świata. Czarni, zacofani, dopiero co zebrali plony
wygranej, gdy usłyszeli znajomy dźwięk, towarzyszący spadającemu meteorytowi.
Wszyscy jednocześnie przenieśli się na astral, wpatrzeni w zakłopotanego
Sebastiena. Noemi, kochająca tę planetę, jakby była jej rodzicielką, zaczęła
tworzyć małe wodospady ze swoich policzków, opłakując pokraczne kreatury, które
właśnie z wielkim hukiem giną.
- Będziesz się tłumaczył… znów. –
Powiedział z dezaprobatą biały, siedzący obok niego i jakby dla pokrzepienia,
wstrząsnął jego lewym ramieniem, poklepując je. Wstał i odszedł. Wszyscy się
rozeszli. Został tylko on, czekając na pojawienie się rozgniewanego Boga, który
mimo wszystko zamiast sprawić, by zniknął, ukarze go. Zrobił to. Można było
słyszeć jego myśli nawet w paru sąsiednich galaktykach. Noemi wzdrygnęła się na
myśl o powrocie na tą planetę. W swoich drobnych dłoniach utworzyła taflę, na
której zobaczyła jej stan. Odwróciła głowę, przymykając powieki. Nie chciała
tego widzieć. Zbyt bolesna była to prawda. Znów wielka dziura w ukochanej
planecie, na którą mieli już plan wyżsi od niej. Uśmiechnęła się blado na samą
myśl, a w jej dłoniach wyschła tafla. Uniosła spojrzenie i zacisnęła wargi w
cienką linię wiedząc ile milionów lat przesiedzi, aż coś decydującego znów
pojawi się na tej planecie. Miliony przegranych gier czekają. Miliony rozmów o
niczym konkretnych. Parę starć między poselstwami, a wszyscy jakby w
poczekalni. Każdy z aniołów ma już przydzielonego człowieka, a każda wiedźma
określony czas i miejsce narodzenia się, oraz ich ilość. Westchnęła, a jej
oddech poczuł czarny, leżący na piasku jakieś dwadzieścia metrów przed nią.
Miał zamknięte powieki, które kryły dwa czarne węgielki. Cechował się on
sprytem. Był prawdziwym diabłem, kusicielem, grzeszącym inteligencją. Mówiono o
nim, że jest synem Lucyfera, w co Noemi wątpiła, aczkolwiek nie zastanawiała
się nad tym przejmująco długo. Wolała kontemplować skały i ich pierwiastki
niźli zabierać się do oceniania tych istot. Każdy przecież był stworzony do jakiegoś
celu. Lewiatan, relaksując się, pokrył się szronem, gdy dotarł do niego jej
oddech. Natychmiast rozgrzał się więc i stopił go, aczkolwiek nie mógł się
powstrzymać i otworzył oczy, by zobaczyć skąd dobiegła ta przyjemna spazma.
Uśmiechnął się chytrze pod nosem widząc pochyloną nad bursztynem białą postać
Noemi. Pozbierał się i wygładził piasek. Naciągnął na twarz łobuzerski uśmiech,
rozciągając kąciki swoich ust po czym zjawił się za jej sylwetką. Poczuła to i
natychmiast się cofnęła. Ogromny ból sprawiało jej przebywanie blisko zła, więc
oddalenie się było odruchem bezwarunkowym. Zagryzła dolną wargę swoich białych
jak śnieg ust, patrząc jak jego czarne węgielki oczu wpatrują się w nią.
- Szukasz tu czegoś? – Spytała
grzecznie, podnosząc lśniący w słońcu bursztyn i chowając go jak najpiękniejszy
skarb za swoimi plecami. Wsunęła go pomiędzy fałdy w swojej białej szacie, nie
spuszczając wzroku z Lewiatana.
- Tylko tego ogłupiającego piękna, jakim
jesteś. – Powiedział, rozkładając swoje czarne kończyny na skale, gdy usiadł na
niej okrakiem. Noemi zmarszczyła brwi, zaciskając mocniej bursztyn w swoich
dłoniach. Nie zdążyła odpowiedzieć, a jego śliski głos znów dostał się do jej
uszu.
-
Czyżbyś się spłoszyła? Mała, biedna… Krucha, biała istotka się
spłoszyła? Nie przywykłaś do komplementów? Nie wierzę.. Jak Ci na imię? ...
Noemi, tak? Bardzo pięknie. Lewiatan. – tu stworzenie skinęło swoją głową i
znów wbiło spojrzenie w jej sylwetkę. – Ale to chyba wiesz. Mam nadzieję, że
nie wierzysz w te bujdy, iż w czasie pokoju zabijam takie jak Ty. W gruncie
rzeczy nadal pozostało we mnie wiele dobra. Wiem, że Ty dostrzegasz dobro we
wszystkim co Cię otacza.. Mam pytanie. Widzisz we mnie dobro? – Jego oczy
zaszkliły się i zaczęły po nich biegać
czarujące iskierki. Jego uśmiech był uroczy, a on cały zdumiewająco piękny.
Patrzył tak przenikliwie, że białe policzki Noemi mimowolnie objął kolor
pudrowego różu. Widziała w nim dobro. Idealne, opływające jego sylwetkę,
płynące w jego żyłach. Wiedziała, że to iluzja i tylko powstrzymując nieznośne
myśli odrzekła mu z wyczuwalnym jadem.
- Nie ma w Tobie krzty dobra. Jesteś w
ciemnych poselstwach. Uważasz, że jestem głupia? Czego chcesz, mów. – Zastygła
w bezruchu, mocniej zaciskając zęby w złości, którą starała się ukryć. Trwała
walka na spojrzenia. Lewiatan przegrał i opuścił swoje powieki. Zatoczył ruchem
głowy krąg, relaksując mięśnie karku i znów na nią spojrzał.
- Umowy. – Jedno krótkie słowo
przeraziło ją. Wiedziała, że poczuł jej strach gdy tylko jego uśmiech stał się
bardziej szczery. Nie powinna z nim zamienić nawet zdania. Powinna odejść. Coś
ją ciągnęło do niego niewidzialnymi linami i nie mogła tego powstrzymać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz